Sport i pobocza. Podsłuchane, podpatrzone, przećwiczone na własnej skórze...
niedziela, 10 czerwca 2012

Tak, tak! Nie jeden wieszał w ostatnich dniach psy na chłopaku z Arsenalu. Tak często słyszałem takie opinie, że w końcu postanowiłem zareagować, bo trzeba by Szczęsnemu  podziękować. Bo to cichy bohater (nie mylić z antybohaterem) meczu z Grecją. Bo gdyby nie on to:
- niefaulowany przez niego Salpingidis bez większych kłopotów mógłby strzelić gola i byłoby 1:2
- Przemysław Tytoń nie mógłby obronić karnego i stać się oczywistym bohaterem.
Można powiedzieć, że Szczęsny poświecił siebie dla dobra Tytonia i drużyny. Nieświadomie oczywiście, ale zawsze...

poniedziałek, 15 września 2008

Po lekturze artykułu o skomplikowanym ustalaniu kto jest obecnym liderem polskiej Ekstraklasy odbyłem dyskusję z jednym z kolegów. Jego zdaniem to dobrze, że przy jednakowej liczbie punktów, o tym który zespół jest wyżej w tabeli decydują bezpośrednie pojedynki między nimi. Uważa, że w czystej sportowej rywalizacji między dwoma zainteresowanymi okazuje się kto jest lepszy.

Ja twierdzę inaczej. Lepszym rozwiązaniem jest to, które przyznaje pierwszeństwo drużynie z większą różnicą bramek (strzelone - stracone). W końcu sensem rywalizacji w lidze są mecze ze wszystkimi klubami a nie tylko wybranymi. Dla mnie na wyższe miejsce zasługuje zespół, który radził sobie lepiej z drużynami całej ligi, a nie ma lepszego miernika dla ustalenia tego jak zdobywane i tracone gole.

Rozpatrzmy jeszcze sytuację gdy na koniec ligi zespoły walczące o mistrzostwo mają jednakowy dorobek punktowy. Mim zdaniem wtedy argumentem przeciw decydujacej roli bezpośrednich pojedynków jest to, że kiedy są rozgrywane zazwyczaj żadna z drużyn nie wie - zwłaszcza w peirwszej rundzie - że akurat one zdecydują o mistrzostwie. A już bardzo rzadko zdarzają się takie mecze w ostatniej kolejce.

Zastanawiałbym się ewentualnie nad rozwiązaniem pośrednim - dodatkowym meczem między drużynami z tą samą liczba punktów, jesłi stawką ich rywalizacji jest mistrzostwo. Ale to rozwiązanie ma jednak duży minus - jest możliwe tylko w przypadku dwóch drużyn, gdy więcej ma tyle samo punktów - liczyć powinny się bramki (przy jednakowej różnicy - większa liczba strzelonych, dopiero gdy jest taka sama decydować mogą bezpośrednie mecze; gdy i tu remis pozostaje już chyba tylko losowanie). 
A jakie jest Wasze zdanie:

O wy?szej pozycji w tabeli powinny decydowa?



View Results
Polldaddy.com
Quantcast

Quantcast
czwartek, 11 września 2008


Chodzi o moment tuż po zdobyciu bramki na 1:0 z San Marino. Robert Błoński w
Sport.pl tak go opisuje:

"Bohater poprzednich eliminacji i najskuteczniejszy zawodnik najpierw cieszył się, a później odwrócił się w kierunku ławki rezerwowych i pokazał rękami gest, jakby prosił o zmianę. Napastnik Boltonu jest ostatnio obrażony na cały świat. Nie rozmawia z dziennikarzami, bo - jak mawia - "nie ma o czym". Na trenera jest wkurzony od Euro - w meczu z Chorwacją wszedł z ławki rezerwowych, w towarzyskim meczu z Ukrainą został zmieniony w połowie, a ze Słowenią nie zagrał wcale. Schodząc z boiska do szatni, w przerwie, dał swoją koszulkę kompletnie zaskoczonemu chłopcu od podawania piłek."

Pomijam już to, że Smolarek ma typowe objawy tzw. "sodówy". Co jednak oznaczał ów młynek, gest którym na całym zgłasza się prośbę o zmianę. Co oznaczał, jeśli Smolarek nie został zmieniony i chyżo biegał po boisku do 93 minuty?


Według mnie mógł oznaczać tylko jedno - dezaprobatę dla decyzji trenera, który ustawił z przodu Saganowskiego, a zawodnika Boltonu w pomocy. - Proszę zobacz trenerze co się dzieję gdy gram z przodu - zdawał się mówić Smolarek.


Śmieszne to nie tylko dlatego, że to po prostu podwórkowe zachowanie, przystające moze smarkaczom grającym między trzepakami, a nie profesjonaliście. Śmieszne także dlatego, że jak bramkę w sytuacji w której znalazł się Ebi strzeliłby nawet - za przeproszeniem - mój kolega, który kontuzjowany zjawił się dziś w pracy o kulach.


Po za tą akcją piłkarz Boltonu strzelał Panu Bogu w okno. Jeszce raz trafił w słupek i wtedy najlepiej było widać, że gdzieś zatracił swój strzelecki instynkt. Było też widać różnicę między nim a debiutantem, Robertem Lewandowskim. To Lewandowski choć miał dalej do piłki niż Smolarek dopadł jej i dobijając zdobył drugiego gola. Lewandowski wystartował do piłki zaraz po strzale kolegi, Smolarek stojąc przyglądał się piłce. Dopiero gdy odbiła się od słupka ruszył. Był oczywiście spóźniony. Ta akcja najlepiej pokazała dlaczego Ebi ma kłopoty z załapaniem się do sładu. Pozostaje nadzieja, że wróci do formy z eliminacji ostatniego Euro (patrz zdjęcie powyżej)
wtorek, 22 lipca 2008


Ta notka powinna ukazać się z wczorajsza datą, ale po urlopie spadło na mnie kilka spraw i do pisania zabrałem się już po północy. W poniedziałek minęła trzecia rocznica śmierci Andrzeja Grubby.

W latach 80. był niemal tak popularny jak w ostatnich Małysz. Był idolem, szczególnie dla takich młodych jak ja, którzy trenowali tenis stołowy. Sprawił, że dyscyplina ta w Polsce przestała być postrzegana przez pryzmat świetlicy. Miał też dar opowiadania o swej grze i całej dyscyplinie - słuchanie i czytanie wywiadów z nim było wielką przyjemnością. W przaśnej rzeczywistości tamtych lat, błyszczał światowa klasą, nie tylko sportową.

To był chyba 1982 rok - zima, zaraz po tym jak złagodzono nieco restrykcje stanu wojennego i pozwolono organizować zawody sportowe. Jedną z imprez z okazji otwarcia nowej hali sportowej Broni Radom był mecz pokazowy Andrzeja Grubby i Leszka Kucharskiego. Hala nabita do ostatniego miejsca. Przez godzinę pełno tricków i sztuczek, dobrej cyrkowej zabawy, ale też dużo gry na najwyższym światowym poziomie. Wygrał Grubba.

Dla zwycięzcy walizkowa maszyna do szycia - jak by inaczej z "Łucznika" - towar wówczas mocno pożądany i deficytowy. Ale co to - Grubba odmawia przyjęcia nagrody - konsternacja wśród organizatorów i na trybunach. Mistrz jednak nie trzyma ludzi długo w niepewności i do mikrofonu wyjaśnia, że Leszek też zasłużył na nagrodę. Brawa, owacja na stojąco.

Prezes Broni, Jerzy Graliński nie każe długo czekać - znika gdzieś na zapleczu skąd za moment wnosi drugą walizkę z maszyną. Znów brawa. W podzięce Grubba i Kucharski grają jeszcze jednego seta. Znów światowa klasa.

Oglądałem każdą transmisją z występów Grubby i spółki, jeździłem na mecze Polski w Superlidze. Ale też oglądałem film z płyty, którą memu ojcu przysłał kolega z Chicago, Stanisław Stankiewicz. To już lata 90. końcówka kariery. Grubba gra pokazówkę z jednym z najlepszych polskich emigrantów (przepraszam ale zapomniałem nazwiska). Ludzi dużo mniej niż kilkanaście lat w Radomiu i na meczsach superligi - nie ma porównania, brawa rozchodzą się echem po dużej sali. Mecz kończy się wyraźnym zwycięstwem Mistrza. Ale nie odchodzi od stołu. Przez kolejne kilkadziesiąt minut gra z każdym chętnym. Po kilka, kilkanaście piłek.

Gra też z panem Stankiewiczem, widać, że w ogóle nieprzygotowanym do gry: spodnie w kancik, wyjściowe buty itp. Emigrant trochę zdenerwowany, że odbija nie swoją lecz pożyczoną rakietką, psuje proste zagrania, ale Grubba cierpliwie przebija piłki na drugą stronę tak by rywalowi nie sprawiły wielkiego kłopotu a dały radość z tej chwili. I to robi facet, z którym wciąż się muszą liczyć najlepsi, czołowy zawodnik Bundesligi, tenisista którego nazwiskiem (do dziś!) sygnuje swe produkty jedna z najlepszych firm pingpongowych (Butterfly), człowiek który ma już własną firmę produkującą sprzęt do tenisa stołowego (Gasport). Niesamowite. Taki był Andrzej Grubba - prawdziwy Mistrz.

O jego śmierci dowiedziałem się zaraz po przyjeździe na urlop do Władysławowa. Poszliśmy z rodziną na wieczorny spacer Aleją Gwiazd Sportu nieopodal Centralnego Ośrodka Sportu w Cetniewie. Gwiazdę Grubby pokryły kwiaty, wokół płonęło mnóstwo zniczy. Odsłonięta wygląda tak:


sobota, 21 czerwca 2008
...jeśli mecze będą sędziowane tak jak Włoch Roberto Rosetti prowadził spotkanie Chorwacja - Turcja. Bezbłędny, precyzyjny, zdecydowany, nieulegający naciskom wręcz... niezauważalny - sędzia idealny (rym niezamierzalny ;)

A już zupełnie powalił mnie gdy Mladen Petrić nie wykorzystał ostatniego karnego. Turcy rzucili się w szale radości do Rustu, a włoski sędzia jak dobry ojciec objął Petrića i pocieszał załamanego Chorwata.




Niestety taki mecz jaki wyszedł Rosettiemu to wyjątek, więc generalnie zdania nie zmieniam. Powtórki wideo to konieczność. Mają je w hokeju, rugby, czas na piłkę nożną.
piątek, 20 czerwca 2008


Gol Ballacka po ewidentnym faulu dał Niemcom awans kosztem Portugalczyków. Dodatkowo mnie to złości bo postawiłem na 2:2 i awans Niemców w karnych. Było blisko ale sędzia Peter Froejdfeld przysnął i nie okazał się takim szczególarzem jak Howard Webb (choć faul Ballacka był bardziej ewidentny niż Lewandowskiego).

Czy sędzia techniczny musi być facetem jedynie od pokazywania zmian, doliczonego czasu i rozdzelania krewkich trenerów? Przecież do tego wystarczyłby... ochroniarz. Czy sędzia techniczny oglądający powtórki nie mógłby zgłaszać głównemu wątpliwości? Przecież wystarczyłby rzut oka na okran by sędzia ze Szwecji zmienił wczoraj swą błędną i krzywdząca Portugalczyków decyzję.

Ciekawe co teraz - po błędzie Szweda - powie Michael Platini, bo do tej pory mimo taaaaakich dowodów piał z zachwytu nad sędziami Euro 2008.
Moim zdaniem powtórki wideo dla sędziów są niezbędne od zaraz. A wy jak myślicie. Piszcie i głosujcie

wtorek, 17 czerwca 2008
Z czuba kombinuje jak tu zbudować kadrę na Mundial 2010 w RPA i polsko-ukraińskie EURO 2012. Oj kombinują chłopaki, kombinują... I z jednym mają rację - Beenhakker powinien zostać. Pokazał inną jakość pracy z kadrą, pokazał jak z przeciętnych zawodników zbudować zespół potrafiący sprawiać niespodzianki z wielkimi (mecze z Portugalią) i radzić sobie ze średniakami i słabiakami, ale...

Potrafił zrobić to w eliminacjach, kiedy miał zawodników do dyspozycji tylko przez kilka dni. Nie miał żadnego wpływu na ich formę fizyczną, która oparta była na pracy piłkarzy w klubach. Siłę drużyny zbudował na motywacji i taktyce. Kiedy dostał zespół na dłużej, kiedy musiał zbudować jego formę fizyczną na cały turniej - nie poradził. Źle wybrał stawiając na Mike Lindemanna.

Tak więc Lindeman musi odejść, Beenhakker musi zostać. Ale z kogo ma zbudować kadrę? Pozostawić najlepszych z obecnych kadrowiczów i powołać młodych perspektywicznych? Czyli mieszanka rutyny z młodością jaka proponuje Z czuba. Ale ci najlepsi zaraz będą za starzy a młodzi nie zdążą nabrać przy nich doświadczenia.

Słyszę też teorię - już nie tylko zczubową - o zbudowaniu systemu wyszukiwania talentów w całej Polsce. Jestem za (tylko głupi byłby przeciw). Tyle tylko, że mamy zbyt mało czasu by efekty tego systemu zdążyć skonsumować podczas najbliższych Mundialu i Euro (a do pierwszej z tych imprez trzeba przecież jeszcze awansować).



Zaproponuje rozwiązanie proste w swej logice, trudne w wykonaniu lecz w przeciwieństwie do poprzednich możliwe do realizacji dużo szybciej. I jeszcze jedno - wymagające pogodzenia się z tym, że nad Wisłą nie rodzą się talenty pokroju Zidana, Pirlo czy choćby... Rogera.

Kto nie zawiódł na Euro: Boruc i Roger właśnie. Kilku Boruców wystawić nie możemy, ale kilku Rogerów (czytaj naturalizowanych Polaków) możemy. Beenhakker pokazał drogę - sięgajmy odważniej po nowych rodaków lub synów emigrantów, którzy piłki uczyli się nie w Polsce. Może w podstawowej kadrze powinno być ich trzech, czterech, może pięciu, ale znacząco - tak jak Roger - mających wpływ na podniesienie poziomu reprezentacji. Wtedy nie mielibyśmy takich przypadków jak w meczu z Chorwacją, kiedy Rogera gdy dostał piłkę obstąpiło czterech rywali. Wiedzieli kogo pilnować, z czyjej strony grozi im największe niebezpieczeństwo. Gdyby Rogerów było więcej, takie sytuacje nie miały by miejsca.

Tych kilku "nowych Polaków" trzeba by w polu uzupełnić najlepszymi Polakami-Polakami. Może to powinien być Smolarek (miał w meczu z Chorwacją przebłyski formy z eliminacji), na pewno Błaszczykowski, może Lewandowski ale w swej normalnej formie. Plus kilku młodych, których już Leo wyszperał.

A teraz o problemach pozasportowych. Nie wiem jak dokonać tego by graczy poziomu Rogera (i na różne pozycje), ściągnąć do polskiej ligi, a później zaoferować im polskie obywatelstwo, jak załatwić formalności paszportowe. Widząc jednak jak nieporadna jest nasza kadra na tle innych a głównie Austrii plan ten wydaje tym, który można zrealizować najszybciej w ciągu najbliższych 4-lat. Tyle że z naturalizowaniem obcych piłkarzy na Polaków trzeba się pośpieszyć. FIFA zamierza wprowadzić przepis pozwalający grać takim piłkarzom w reprezentacji nowej ojczyzny dopiero po pięciu latach mieszkania na jej terytorium.

A dla tych, którzy krzywią się na obcokrajowców w naszej reprezentacji odsyłam do lektury składu Francuzów, którzy w 1998 r. zdobywali mistrzostwo świata. Francuzi mając w perspektywie mundial u siebie, brali do kadry każdego zdolnego chłopaka nie patrząc na paszport. Połowa reprezentacji była pochodzenia niefrancuskiego. Efekt wszyscy znamy (oczywiście pamiętając, że we Francji ze względu na jej kolonie łatwiej było sięgnąć po legię cudzoziemską).

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13